Za starosty Marcyjana, cesarza Maksymiana,
Zrodził Dyjoskorus córę, nadobną pannę Barbarę.
A ten mieszkał w nikodemskim mieście , pod cesarzem rzymskim,
Nie znał Boga prawdziwego, bo był rodu pogańskiego.
Wychowawszy swoją córę, nadobna pannę Barbarę,
Pozwolił ją szlachetnemu, mężowi dać bogatemu.
Ta zamęźcia odmówiła, w panieństwie żyć umyśliła,
Prosiła ojca swojego, by mieszkała w domu jego.
To słysząc ojciec smutliwy, w myślach swoich osobliwy,
Każe córce w wieży mieszkać, kiedy się nie chciała wydać.
W tej wieży dał wymalować, bogi swoje wyrysować,
Słońce, księżyc z planetami, i rozmaitemi gwiazdami.
Od tych oczy odwróciła, ku niebu oknem patrzyła,
Jak ten świat oświecają, jasnością swą napełniają.
Myśli kto ten świat sposobił, i gwiazdami przyozdobił,
Kto nim rządzi i sprawuje, i kto nad nami panuje.
Wtem się jej anioł pokazał, i o Bogu z nią rozmawiał,
O Jezusie Zbawicielu, o Duchu nauczycielu.
Trójcy Świętej naukę dał, pierwej niż się do Boga brał,
Żeby w Trójcę uwierzyła, w tej wierze duszę zbawiła.
Z tego się rozweseliła, prawdzie bożej uwierzyła,
W tej wierze żyć umieniła, i w niej mocno utwierdziła.
Przy tej wieży dał zmurować, ojciec Barbary zbudować,
Dla swojego pomieszkania, dla córki dozorowania.
Kazał w tym dwa okna zrobić, i kunsztownie przyozdobić,
Potem po swojej potrzebie, odjechał w krainę sobie.
Panna z wieży wystąpiła, ten budynek nawiedziła,
Każe okno trzecie zrobić, chcąc to przed ojcem zamówić.
Powrócił ojciec do domu, widzi trzecie okno k niemu,
Pytał się mistrzów dlaczego, co jest za przyczyna tego.
Mówią: twoja córka miła, tak nam to rozporządziła,
Trzecie okno zrobić dała, wymówić nas obiecała.
Córka ojcu powiedziała, na co trzy okna mieć chciała,
Mówi: ojcze od tej doby, wyraziłam trzy osoby.
Ojca, Syna, Ducha Świętego, Boga w Trójcy jedynego,
Z chrześcijańskim ludem tego, wyznawam Boga prawego.
Słysząc ojciec to wyznanie, rozgniewał się bardzo na nię,
Że swe bogi pogardziła, a w Jezusa uwierzyła.
Łaje ojciec córce swojej, nie chce ja mieć w łasce swojej,
Grozi że ją chce zatracić, i okrutną śmiercią zgładzić.
Barbara się w ten strapiła, ojca gniewu ustąpiła,
Z jego domu wybieżała, w górną krainę się udała.
Bliską będąc doścignienia, udała się do modlenia,
Wtem się góra rozstąpiła, Barbara do niej wstąpiła.
Ojciec za nią bez omieszkania, bieży dla jej pojmania,
Nie wiedząc gdzie się podziała, jakoby się zapaść miała.
Na stronę się oglądał, dwóch pasterzów pomiarkował,
Mówiąc do nich: jeźlić wiecie, gdzie się podziała powiedzcie.
Ten co się nad nią zmiłował, życie Barbarze darował,
Powiedział, że jej nie widział, że na nią baczenia nie dał.
Drugi pasterz co ją zdradził, jakoby ją sam zagładził,
Palcem na górę pokazał, złości swej na niej dokazał.
Tego Pan Bóg zaraz skarał, jego zdradzie nie folgował,
Owce mu się potraciły, w inszy stan się obróciły.
Ojciec na miejsce przyszedłszy, gdzie się schroniła znalazłszy,
Nie upatrywał na krasy, i porwał ją za jej włosy.
Porwał i wlókł bez litości, zapomniał swojej miłości,
Wlókł ją do domu własnego, nie mając żalu żadnego.
Staroście w moc córkę podał, skargę na siebie sam składał,
Nasze bogi opuściła, i w Jezusa uwierzyła.
Starosta słysząc tę powieść, kazał ją do siebie przywieść,
Kazał żeby bogi czciła, a Jezusa opuściła.
Lecz panna błogosławiona, w wierze prawej utwierdzona,
Mówi: jakże ja mam chwalić bogi wasze, które są nic.
Ci nie widzą ani słyszą, ani się z miejsca nie ruszą,
Nie mogą od śmierci wybawić, ja nie mogę takich chwalić.
Rozgniewawszy się Marcyjan, starosta okrutny tyran,
Kazał ją smagać miotłami, i bydlęcemi żyłami.
Gdy się nad nią spracowali, tak że sami ustawali,
Przestali biczować ciało, które całości nie miało.
Będąc w tych mękach zemdlona, do więzienia jest wrzucona,
Żeby się znać namyśliła, a Jezusa opuściła.
Lecz tam o północy światło wielkie, nagle się znalazło,
Które pannę otoczyło, i więzienie oświeciło.
Wtem Jezus wstąpił w ciemnicę, pozdrowił oblubienicę,
Ciesząc ją w męce boleści, w utrapieniu i żałości.
Zawsze ja przytomny tobie, przyjdę nie opuszczę ciebie,
Teraz będziesz pocieszona, ze wszystkich ran uzdrowiona.
Wyznaj mnie przed poganami, memi nieprzyjaciołami,
A choć cię tu śmierć nie minie, tobie żywot nie zaginie.
Będziesz mieszkać ze mną w niebie, dostaniesz koronę sobie,
Wezmę cię do wiecznej chwały, kędy ja mieszkam z anioły.
Gdy się ciemna noc skończyła, aby osądzona była,
Rozkazano się postawić pannie, umysł swój objawić.
A widząc ją uzdrowioną, z ran, boleści uleczoną,
Wszyscy się nad nią zdumieli, nie wiedząc co myśleć mieli.
Mówi tyran: bogom naszym chwałę daj za każdym czasem,
Co Cię panno uzdrowili, twej młodości użalili.
Barbara mu powiedziała, tym bogom nie będzie chwała,
Żadna im cześć nie posłuży, bo są ślepi, niemi, głusi.
Bo mnie ci nie uzdrowili, nie z ran razów uleczyli,
Ale Jezus me kochanie, którym gardzisz Marcyjanie.
Tenci wcale mnie uleczył, który za mnie umrzeć raczył,
Temu chwała, cześć należy, ten jest prawdziwy Syn Boży.
Przetóż dla jego miłości, i dla niebieskiej radości,
Dam me ciało na trapienie, na śmierć i umęczenie.
Wtem się Marcyjan rozgniewał, jej urodzie nie folgował,
Po bokach i pod palcami, kazał palić pochodniami.
Panna westchnąwszy do nieba, wzywa Jezusa jak trzeba,
Jemu się w ręce oddaje, oblubieńcem swym przyznaje.
Słysząc złośliwy Marcyjan, gniewał się okrutny tyran,
Kazał piersi nożem rzezać, i kleszczami je oderwać.
Rzekła mu: nielitościwy, tyranie bardzo złośliwy,
Nie pamiętasz żeś pożywał, piersi gdyś mały przebywał.
Potem panna zapłakała, do Jezusa zawołała,
Proszę przyjmij duszę moję, weźmij ją w opiekę swoję.
Jeszcze tyran na zniewagę, na większą tej panny trwogę,
Kazał z nagiej się naśmiewać, większej sromoty dodawać.
Barbara panna wstydliwa, prosi Jezusa rzewliwa:
Panie zakryj nagości moję, przez świętą niewinność twoję.
Zaraz Bo anioła swego, zesłał z nieba wysokiego,
Który pannę nie podobnie, osłonił bardzo ozdobnie.
To widząc drudzy poganie, wzięli sobie w rozmyślanie,
Że ten tylko Bóg prawdziwy, który czyni takie dziwy.
Marcyjan kazał Barbarę, zawieść na wysoką górę,
Żeby tam była wzniesiona, a już więcej nie męczona.
Tam gdy była przywiedziona, na poły martwa wzniesiona,
Panu Bogu się modliła, i za chrześcijan prosiła.
Którzyby ją wspominali, na jej męki pamiętali,
Szczęśliwą śmierć otrzymają, i w niebie ją oglądają.
Skoro modlitwę skończyła, Bogu duszę poleciła,
Mieczem ojca ścięta była, jej dusza w niebo wstąpiła.
Ojciec co ją zamordował, gdy z tej góry zestępował,
Ogniem wiecznym był spalony, w proch i popiół obrócony.
Aby każdy wiedział pogan, że będzie od boga karan,
Ogniem wiecznym gdy nie wierzy, a na święte nie pomierzy.
Przetóż z tej świętej Barbary, bierzmy sobie święte wzory,
A w życiu ją naśladujmy, Chrystusa Pana miłujmy.
Ten nas od złego wybawi, przy śmierci pobłogosławi,
Przyjmie nas do wiecznej chwały, gdzie mieszka z swymi anioły.
Racz nam to dać Jezu Chryste, że się to spełni zaiste,
Byśmy z Tobą w niebie byli, Ciebie na wieki chwalili.